Wiocha w Operze

Niewielką wieś spowijała mgła. W godzinach popołudniowych, przed gmach szkoły zajechał granatowy powóz, za którego kierownicą siedział pewien tajemniczy mężczyzna. Grupka przybyłych nastolatków wraz z opiekunami zajęła swoje miejsca. Drzwi pojazdu zamknęły się. Ruszyli.

W wesołej i przyjemnej atmosferze, mijali góry, lasy, pola, Lidl. Po pewnym czasie zostawili za sobą mgłę i ukazało im się słońce. Jechali długo, lecz sen nie zdołał ich owładnąć. Myśl o celu tylko podnosiła im poziom adrenaliny. Wiedzieli, że na końcu wycieczki czeka na nich coś niezwykłego. Nie mylili się.

Pojazd stanął, a gdy pasażerowie wysiedli, natychmiast zniknął im z oczu na najbliższym zakręcie. Po kilku minutach spaceru dotarli na miejsce. Ich oczom ukazała się Opera Krakowska. Weszli więc, nabyli bilety i czym prędzej skierowali się… do toalety… Następnie zajęli swoje miejsca na wielkiej sali. Z balkonu był doskonały widok
na chwilowo zasłoniętą czerwoną kurtyną scenę. Pod nią zaś siedziała orkiestra. Panował gwar, jednak moment, w którym wszystkie światła zgasły sprawił, że serca widowni zadrżały i nastała cisza.

Odsłonięto scenę, a dyrygent rozpoczął w sposób niekontrolowany dynamicznie wymachiwać rękami. Niektórzy widzowie przyglądali się występowi z uwagą, inni zaś toczyli własne bitwy z Hypnosem. Pierwszy akt wydawał się smutny, lecz z dozą humoru. Biedni ludzie w sposób żartobliwy podchodzili do warunków w jakich przyszło
im żyć. Pojawił się również wątek miłosny, pomiędzy Rudolfem a Łucją, zwaną Mimi, choć ona sama nie wie dlaczego tak ją zwą… Następny – jakby weselszy akt, wywołał sporo uśmiechów. A wszystko za sprawą porywczej i pożądliwej Musetty. Kilka łez, kilka westchnień. Nieprzewidziane zwroty akcji trzymały w napięciu do samego końca, aż… śmierć głównej bohaterki, mimo iż nieunikniona, wstrząsnęła całą widownią. Kurtyna opadła, za to rozbrzmiały gromkie brawa. Światła na powrót rozświetliły salę i widzowie skierowali się do wyjścia, niosąc za sobą falę komentarzy.

Nasza wspomniana na początku grupka zebrała się pod operą, by zrobić pamiątkowe zdjęcie. Oczywiście wszyscy wyszli pięknie, a ich zdjęcia chcieli na okładce Vogue. Wkrótce, po kilku telefonach, nadjechała granatowa limuzyna z zamiarem odwiezienia naszych bohaterów pod tę samą szkołę. Z racji egipskich ciemności i późnej pory, większość pasażerów słodko spała, a przynajmniej takie stwarzali pozory. W niewielkiej wsi już środek nocy, ale na szczęście opadła mgła, toteż (mam nadzieję) każdy trafił bezpiecznie do domu.

13495634_1248675871818761_6508376201295675732_o
(Natalia S.)

Uczestnicy projektu Wiocha na Salonach wybrali się do Opery Krakowskiej
na przedstawienie pt. „Cyganeria”.